Andy - Jezioro Suches
Mówimy do widzenia naszemu kierowcy w środku pola. Po kilku godzinach samochód nie może dłużej dać więcej. Teraz nasza kolej. Przed nami rozpościera się śnieżna zasłona. Druga, gdy zakładami nasze pokryte kurzem plecaki. Każdy wybój na drodze oznaczał połknięcie nowej racji pyłu. Chmura jeszcze nas szanuje. Odwracając się plecami do ośnieżonych zamków, tracimy poczucie bycia w górach. Niekończąca się równina. Jakieś domki. Idziemy w ich stronę. Przed skręceniem w kierunku śniegu chcemy przejść przez miasteczko Suches. Miasteczko to kwadratowy plac otoczony domami, opuszczony kościół. Z jednych drzwi wychyla się głowa dziecka. I natychmiast znika. Język hiszpański otwiera drzwi. Mężczyźni pokazują nam drogę do jeziora. Do śnieżnych zamków. Białe słupki zostające w tyle wskazują, że oddalamy się od granicy. Wiatr karze nas za wkroczenie w jego królestwo; ziemie złota i niewiele więcej. Schodzimy na brzeg wspaniałego jeziora Suches, zostawiając za nami skrzypienie kopalni, która nie wydaje się nią być. Zakładamy biwak szukając osłony zbudowanego z kamienia muru.
Przebudzenie jest piękne. Dysk księżyca jeszcze zawieszony w wodzie, absolutna przezroczystość powietrza a szron, który pokrył nasz namiot w nocy, szybko sublimuje w promiennym słońcu.
Idąc widzimy jezioro Suches prawie cały czas.
Znajdujemy również opuszczone domy i znów widzimy jezioro, okrążając je wzdłuż stoków.
Jezioro pozostaje w tyle lecz „soroche” nas nie opuszcza. Wejście jest ciągłe i powolne. Bardzo powolne. Okrążamy jezioro z góry i szukamy ścieżek, które mogą doprowadzić nas do Pelechuco. Uczucie więzi ze śladami, które za sobą zostawiamy, jest trudne do przerwania, ściąga nas, coraz mocniejsze w miarę jak wychodzimy wyżej i zmusza do coraz częstszych odpoczynków. W południe niebo zaczyna się zachmurzać i spada na nas szare. Teraz rządzi śnieżyca. Raz, dwa..., nie jest daleko; grzmoty nad naszymi głowami. Jesteśmy w najwyższym punkcie. Możemy tylko zejść niżej. Jedna „pampa” a potem następna. Idziemy wzdłuż stoków. Przełęcz, która prowadzi do Pelechuco, pozostaje po lewej. Cienie stają się coraz dłuższe. Po drugiej stronie doliny jakieś domy, szczekania psów i lamy, które usuwają się w miarę jak się zbliżamy. Wylot doliny jest długi, zbyt długi, by wyjść z niego przed wieczorem. I to nie tamtędy prowadzi nasza droga.
Jakaś kobieta prawie biegnie z góry po zboczu w stronę domów. Nie doganiam jej, ale wydaje się że to dobry pomysł dowiedzieć się, gdzie się znajdujemy. Domy są niziutkie. Przez ścianę pierwszego, do którego podchodzę, przenikają na zewnątrz nitki dymu. Niebieskawe, spowijają wszystko naokoło. Tak w prawie niedostrzegalny sposób natykam się na mężczyznę, który wynurza się... z dymu. Pokazuje, że muszę iść dalej, w stronę innych domów. Nie mówi po hiszpańsku, ale jego gesty nie pozostawiają wątpliwości a praca psów, ostrzegających mieszkańców o obecności obcych ludzi, jest całkiem skuteczna. Nie muszę czekać zbyt długo i mam przed sobą chłopca, który wyjaśnia, gdzie jesteśmy. Decydujemy się zaobozować w pobliżu. Żegnamy się do jutra!
Woda ma dziwny, mocny smak. Jest jak zaparzona zbutwiała trawa. To bez znaczenia. Doda więcej zawartości naszym zupkom Knorr. Wstrętnym, z drugiej strony. Warzymy trochę koki, by wytrzymać do chwili, kiedy przyjdzie senność. Noc jest długa. Słońce nie pojawi się wcześniej niż o ósmej rano.
Oślepieni przez jego promienie i jeszcze bardziej, gdy widzimy otoczenie w świetle dnia. Blade złoto stoków i błękit nieba umiejscawiają wszechświaty. Powietrze jest tak krystaliczne i splendor tonów tak nierealny, że wszystko wydaje się halucynacją. Oczarowanie trwa także wtedy, kiedy gawędzimy z chłopcem, którego poznaliśmy zeszłej nocy. Przyszedł pokazać nam drogę, może zostać z nami przez chwilę co wykorzystujemy, aby wypytać go o przyszłość ludzi stąd. Ma czternaście lat, nazywa się Hugo Quispe Lopez i miejsce, gdzie jesteśmy Ch"api Huku. Mówi wybornym hiszpańskim. Jest bardzo różny w jego dojrzałości od dziecinnych europejskich odpowiedników. Mówi nam o swoich zajęciach, obowiązkach, trosce o zwierzęta; samcach lam, alpakach pasących się na „pampach”, że to, co uprawia się tutaj w bardzo skromnych wymiarach - choclo (kukurydza), papa (ziemniaki), oca (coś między marchwią i ziemniakiem), chuño (przetworzony czarny ziemniak) - wystarcza dla całej, szeroko rozumianej rodziny, że wszyscy tutaj są krewnymi, dzieci chodzą codziennie do szkoły, idą dwie godziny i wychodzą o świcie. Hugo nosi sandały z gumy, patrzę na jego stopy.
Warstwa lodu pokrywa kałuże. Zjedzenie śniadania zajęło nam sporo czasu. Trzeba pożegnać się z Hugo. Przemierzamy „pampę”, by wejść na wzniesienie, które oddziela nas od drogi do Pelechuco. Kamienne kopce wskazuje drogę. Potęga gór to podnieta, by wspinać się wyżej. Słowa Hugona współbrzmią naszym krokom, wywołują potrzebę refleksji. Nie możemy opuścić tej doliny bez doświadczenia jej efektu.
Uczucie odrazy do tego, co nazywamy naszym dobrobytem; konceptualizacja, z powodzeniem wpojona nieświadomym masom, służy do tworzenia relacji podległości w stosunku do firm farmaceutycznych w świecie, który określa sam siebie jako rozwinięty. Dziadek Hugona, Mariano Quispe Huanca, ma 100 lat a jego babcia umarła mając więcej niż 100. Nie znają lekarzy ni nic o nich nie chcą wiedzieć. Są suwerenni aż do śmierci. Wolni w ich zależności od środowiska, w którym żyją i któremu nie muszą płacić podatków by ich tyranizowało. My, przyzwyczajeni do tego, że państwa funkcjonują jako opiekunowie obywateli, podejmują decyzje z punktu widzenia źle zrozumianego paternalizmu, bez wątpienia umyślnego, nie zauważamy jak, szukając oparcia w dyskursie o suwerenności, narusza się nasze najintymniejsze prawa. Jak przymusza się, abyśmy pozostawali w stanie ignorancji w odniesieniu do kompetencji każdego z nas do podejmowania decyzji na temat naszej przyszłości. W ten sposób, od kołyski do grobu, kusi się nas, abyśmy konsumowali leki, które przypuszczalnie nas leczą. Im nas więcej do leczenia, tym lepiej. I w razie konieczności tworzy się nowe potrzeby. To doskonały rynek, który sam sobie dostarcza konsumentów i w ten sposób sam się napędza. Firmy farmaceutyczne, najwięksi producenci broni biologicznych, czynią, że rozumiemy nasze zdrowie w funkcji konsumpcji leków, których nam dostarczają. Demonizując to, co nie przynosi im zysków. Spowodować, że każdego dnia miliony ludzi zażywają aspirynę, to wynik dyskredytowania innych środków, które nie potrzebują ich pieczęci. Liście koki. Pożywienie i bardzo skuteczne remedium. Jedyny problem to to, że zmniejsza potrzebę lekarzy i rozjaśnia głowę. To zbyt dużo, by był wolny dostęp do tej roślinki.



